Kiedy zaczęłam pracę nad „ZRESETOWANĄ”, wiedziałam jedno – będzie to rozbudowany świat. Science fiction daje autorowi ogromną swobodę. Można stworzyć własne planety, technologie, organizacje, pojazdy czy zasady funkcjonowania społeczeństw. Ta wolność ma jednak swoją cenę. Im większy świat, tym trudniej zachować jego spójność.
Już po napisaniu prologu zrozumiałam, że jeśli chcę zapanować nad wszystkimi elementami uniwersum, muszę stworzyć własne kompendium. Tak powstał dokument, który z czasem stał się fundamentem całej serii „Przebudzeni”.
Czym jest Kompendium Wiedzy?
Najprościej mówiącto ogromny zbiór notatek dotyczących świata przedstawionego. Miejsce, w którym zapisuję wszystko, co może mieć znaczenie dla fabuły. W kompendium znajdują się szczegółowe opisy planet, które pojawiają się w książce. Przykładowo Tarkaan nie jest jedynie nazwą na mapie galaktyki. Opisałam jego klimat, faunę, florę, strukturę społeczną, ustrój polityczny, gospodarkę oraz najważniejsze cechy wyróżniające ten świat.
Osobną część zajmują bohaterowie. Każda postać posiada własną kartę zawierającą informacje o wyglądzie, charakterze, historii oraz charakterystycznych cytatach czy zachowaniach. Dzięki temu łatwiej zachować konsekwencję podczas pisania kolejnych rozdziałów.
Jednym z najbardziej rozbudowanych działów jest technologia. Można znaleźć tam opisy broni, sprzętu medycznego, urządzeń technicznych, pojazdów, statków kosmicznych oraz wielu innych elementów futurystycznego świata. Każda technologia ma swoje zastosowanie, parametry i historię.
Dlaczego Kompendium okazało się tak ważne?
Początkowo zakładałam, że „ZRESETOWANA” będzie samodzielną powieścią. W trakcie pracy okazało się jednak, że historia jest znacznie większa, niż przypuszczałam. W pewnym momencie stało się jasne, że potrzebny będzie drugi tom. To właśnie wtedy kompendium pokazało swoją największą wartość. Dzięki niemu mogłam bez problemu wracać do wcześniej stworzonych rozwiązań, nazw czy technologii. Nie musiałam zastanawiać się, jak nazywał się konkretny statek, organizacja czy urządzenie. Wszystko było zapisane w jednym miejscu. Pozwoliło mi to zachować spójność pomiędzy pierwszym i drugim tomem serii.
Sześć miesięcy pisania
Pisanie „ZRESETOWANEJ” rozpoczęłam w lutym. Wydawało mi się wtedy, że skoro fabuła od dawna istnieje w mojej głowie, proces tworzenia książki przebiegnie stosunkowo szybko. Rzeczywistość okazała się nieco bardziej wymagająca. Prace nad powieścią trwały niemal do końca sierpnia. Nie pisałam jednak codziennie. Bywały dni, kiedy siadałam do komputera i tworzyłam dwa rozdziały jeden po drugim. Bywały też takie, podczas których powstawały zaledwie dwa akapity lub pojedyncza scena. Pisanie książki okazało się procesem pełnym zmian i niespodzianek. Kilkukrotnie byłam przekonana, że historia jest już zakończona, po czym wracałam do tekstu i dopisywałam nowe sceny. Zdarzało się nawet, że pojawiali się bohaterowie, których wcześniej w ogóle nie planowałam. Niektórzy z nich okazali się później ważni dla dalszego rozwoju serii.
Ostatecznie manuskrypt osiągnął objętość niemal 702 tysięcy znaków ze spacjami. W wersji roboczej, przygotowanej na formacie A4, dawało to około 390 stron tekstu.
Moment, w którym zrozumiałam, że naprawdę napisałam książkę
Kiedy postawiłam ostatnią kropkę, poczułam przede wszystkim dumę. Często słyszy się stwierdzenie, że każdy może napisać książkę. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że różnica nie polega na samym rozpoczęciu projektu, lecz na jego ukończeniu. Wiele osób ma pomysł. Wiele zaczyna pisać. Znacznie mniej dociera do końca. Dlatego satysfakcję dawał mi nie tylko sam efekt końcowy, ale również świadomość, że udało mi się przejść przez cały proces – od pierwszej idei aż do gotowego manuskryptu. Jednocześnie wiedziałam, że historia nie jest jeszcze zakończona. „ZRESETOWANA” od początku miała być pierwszym tomem większej opowieści. Zakończenie książki pozostawia czytelnika w bardzo emocjonalnym momencie. Wielu czytelników później pytało mnie, jak mogłam zakończyć historię właśnie w tym miejscu.
Odpowiedź jest prosta. Od początku wiedziałam, że będzie to idealny punkt wyjścia do wydarzeń przedstawionych w drugim i zarazem finałowym tomie serii „Przebudzeni”. Dlatego obok dumy i ulgi pojawiło się jeszcze jedno uczucie – ekscytacja. Bo choć pierwszy tom był już ukończony, w mojej głowie czekała kolejna historia, gotowa do opowiedzenia.