Każdy debiutujący autor czeka na jedną wiadomość: „Chcemy wydać Twoją książkę”.
Ja też taką dostałam. A potem w treści pojawiło się słowo „współfinansowanie”. Nie klasyczna umowa wydawnicza, tylko model, w którym autor dokłada do wydania. Wtedy musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie, czego właściwie chcę od swojej książki.
Jeśli dopiero zaczynasz i nie wiesz, czym różni się wydawnictwo tradycyjne, współfinansowe i self-publishing, zajrzyj najpierw do wpisu Jak wydać książkę: trzy główne drogi. Tutaj opowiem, dlaczego wybrałam trzecią.
Zanim podjęłam decyzję
Zaczęłam od drogi tradycyjnej. Wysłałam propozycje wydawnicze i przekonałam się, że to najtrudniejszy mail, jaki przyszło mi pisać. Streścić własną, wielowątkową powieść na kilku stronach to osobna sztuka. Więcej o tym pisałam we wpisie Początki drogi wydania „ZRESETOWANEJ”.
Odważyłam się też podejść do kilku wydawców na Targach Książki w Katowicach z ulotką o mojej książce. Zżerał mnie stres. Rocznie wydaje się ponad 30 tysięcy książek, a ja byłam debiutantką z maszynopisem i ulotką w ręce.
A potem przyszła oferta współfinansowania.
Dlaczego powiedziałam „nie”
W modelu współfinansowym autor płaci na starcie za redakcję, korektę, skład, druk i część promocji. W zamian często dostaje większy procent ze sprzedaży i szerszą dystrybucję.
Odmówiłam, bo zrozumiałam, czego naprawdę chcę. Chciałam, żeby „ZRESETOWANA” wyglądała i brzmiała dokładnie tak, jak ją wymyśliłam. Mroczna, niewygodna, długa tyle, ile potrzebuje ta historia. Bez skracania do bezpiecznej objętości i bez poprawek pod rynek.
Co w praktyce znaczy „sama”
Bez wydawnictwa i bez pośredników. Za to z pełną kontrolą nad treścią, okładką i promocją. Moim zdaniem to najtrudniejsza droga, ale też najbardziej niezależna.
- Sama znalazłam redaktorkę i korektorkę.
- Sama projektuję okładkę i symbol Lux Fracta.
- Sama załatwiłam numer ISBN.
- Sama uczę się, jak wygląda skład i jak rozmawia się z drukarnią.
- Sama zapłacę za druk, zanim ktokolwiek przeczyta choćby jedno zdanie.
- Sama będę pakować i wysyłać każde zamówienie.
Ile to kosztuje? Już wiem, że więcej, niż myślałam. I nie chodzi tylko o pieniądze, ale też o czas, stres i ogrom pracy.
Co dzięki temu zyskam
- Książkę taką, jaką ją wymyśliłam. Planuję barwione brzegi, wyklejkę, ilustracje i schemat statku Oblivia.
- Pełną historię. Tyle stron, ile potrzebuje, a nie tyle, ile mieści się w czyimś planie wydawniczym.
- Bezpośredni kontakt z czytelniczkami. Każdy papierowy egzemplarz wyjdzie ode mnie, z dedykacją, jeśli ktoś o nią poprosi.
- Brak pośrednika. Kiedy ktoś kupi u mnie, nie podzielę się ceną z księgarnią ani dystrybutorem.
Czy to droga dla Ciebie?
To nie znaczy, że self-publishing jest lepszy dla każdego. Jeśli wolisz skupić się na pisaniu, a resztę oddać zespołowi, tradycyjne wydawnictwo może być dla Ciebie dobrym wyborem. Ja potrzebowałam kontroli i byłam gotowa za nią zapłacić.
Niezależnie od tego, którą drogę wybierzesz, czytaj umowę bardzo dokładnie. To Ty oddajesz prawa do swojej książki. Nie jestem prawniczką i nie powiem Ci, która umowa jest dobra. Mogę tylko powiedzieć, że warto wiedzieć, co dokładnie podpisujesz.
Efekt tej decyzji pokażę Ci już niedługo. Więcej o książce znajdziesz na stronie „ZRESETOWANEJ”.
A Ty? Którą drogę wybierasz albo już wybrałaś?