Pierwszy plik od redaktorki otworzyłam z ekscytacją. Po kilku stronach ekscytacja zamieniła się w coś zupełnie innego.
Na marginesach roiło się od komentarzy. „To zdanie niczego nie wnosi”. „Czy ta scena jest potrzebna?”. „Tu brakuje reakcji bohaterki”. Każdy komentarz czytałam jak osobisty zarzut.
Czym w ogóle jest redakcja
Redakcja to praca nad tekstem jako całością. Redaktor nie poprawia przecinków, od tego jest korekta. Patrzy szerzej:
- czy fabuła trzyma się kupy i nie ma dziur logicznych,
- czy bohaterowie zachowują się spójnie i mają zrozumiałe motywacje,
- czy tempo nie siada w środku,
- czy dialogi brzmią naturalnie,
- czy styl jest czytelny i nie męczy powtórzeniami,
- czy świat ma spójne zasady.
Redaktor może zasugerować usunięcie fragmentu, przepisanie go albo dopisanie czegoś, czego brakuje. Może zapytać, dlaczego bohater robi to, co robi, jeśli z tekstu nie wynika to wystarczająco jasno.
Najtrudniejsze było usuwanie
Przeczytałam swoją książkę kilkadziesiąt razy. Byłam pewna, że znam każde zdanie i każde jest potrzebne. Problem w tym, że po czasie autor przestaje widzieć własny tekst. Mózg dopowiada brakujące myśli i czyta to, co miało być na stronie, a nie to, co faktycznie na niej jest.
Redaktorka widziała to, czego ja już nie potrafiłam. Zdania, które powtarzały to samo innymi słowami. Opisy, które zatrzymywały akcję. Sceny, które kochałam, ale które niczego nie zmieniały w historii.
Na początku broniłam niemal każdego fragmentu. Wydawało mi się, że skoro to napisałam, to musi mieć sens. Potrzebowałam czasu, żeby zrozumieć, że nie każde zdanie jest ważne. Nawet jeśli bolało przy pisaniu.
Jak nauczyłam się przyjmować uwagi
Z czasem wypracowałam sobie kilka zasad:
- Nie odpowiadam od razu. Czytam uwagi, odkładam plik i wracam do niego następnego dnia. Emocje opadają, zostają argumenty.
- Pytam, a nie bronię. Zamiast „to zdanie zostaje” pytam: „co w nim nie działa?”. Często okazuje się, że problem leży gdzie indziej, niż myślałam.
- Nie muszę przyjmować wszystkiego. To wciąż moja książka. Dobra redaktorka nie zmienia autora pod siebie. Jeśli wiem, dlaczego coś ma zostać, i potrafię to uzasadnić, zostaje.
- Nie wyrzucam na zawsze. Usunięte sceny lądują w osobnym pliku. Kilka z nich może kiedyś wrócić w innej formie.
Co zyskała książka
Po redakcji „ZRESETOWANA” była krótsza w miejscach, które tego potrzebowały, i pełniejsza tam, gdzie wcześniej czegoś brakowało. Tempo się wyrównało, bohaterowie zyskali wyraźniejsze motywacje. Dopiero wtedy zrozumiałam, że redaktorka nie walczyła z moim tekstem. Walczyła o niego.
Z tego miejsca dziękuję mojej redaktorce Ewie za ogrom pracy, uważność i cierpliwość.
W następnej części serii opowiem o korekcie, czyli o tym, co dzieje się z tekstem po redakcji.
Więcej o książce znajdziesz na stronie „ZRESETOWANEJ”.
A Ty? Potrafisz usuwać własne zdania bez sentymentów, czy walczysz o każde?